Translate

środa, 14 stycznia 2015

Wellington

Znów wczesna pobudka. Już o 6:40 jesteśmy w busie, a przed 7:00 na przystani promowej. Czeka na nas długi na 125 metrów prom, kursujący pomiędzy Picton a Wellington. W ogromnym wnętrzu promu nikną liczne osobówki, ciężarówki, oraz nasz busik. Zostawiamy go na ok.3 godziny u wchodzimy na pokład pasażerski. Mamy czas na dyskusję, dokończenie śniadania. Z otwartego pokładu można robić zdjęcia, ale z powodu zachmurzenia piękna, głęboka zatoka traci nieco na uroku.
Pogoda nie zmienia się do Wellington, które również ukryło się przed wzburzonymi wodami cieśniny Cooka w rozległej zatoce. Miasto prezentuje się okazale, choć brak tu widocznych z wody indywidualnych cech (jak choćby opera w Sydney). Zostało stolicą w 1865r., gdy z powodu tendencji separatystycznych wyspu południowej postanowiono ustanowić stolicę na styku obu wysp. Do tego momentu stolicą było położone na północy wyspy północnej Auckland.
Pierwsze kroki kierujemy do kolejki podobnej do tej z Gubałówki, która wwozi nas na wzgórze z ogrodem botanicznym. Roztacza się z tego miejsca piękny widok na miasto, podziwiamy też kolekcję endemicznych dla Nowej Zelandii roślin zgromadzonych w ogrodzie.
Zjeżdżamy ponownie do centrum gwarnego miasta (cała aglomeracja Wellingtoma ma ponad 400 tysięcy mieszkańców) i kierujemy się w stronę budynków parlamentu, starego i nowego. Nam zdecydowanie bardziej podoba się stary. Tuż obok, w łądnym budynku znajduje się biblioteka i anglikańska katedra świętego Pawła. Budynek katedry jest współczesny i pod każdym względem ustępuje starym katedrom, jakie znamy z Europy.
W pobliżu widzimy nagle polską flagę, to tutaj znajduje się polska ambasada w Kiwi-landzie. W sąsiedztwie Mac Donald z Kiwi-burgerem, a naprzeciwko stacja kolejowa Kiwi-Rail. Wszystko tu jest Kiwi, nawet banki.
Obiad zjadamy w pobliżu portu - jest to sporo małych restauracji, a pora lunchu. Obowiązkowa lampka sauvignion-blanc, a dla niektórych szklanka nowozelandzkiego piwa (najpopularniejszy jest Steinlager).
Drogą nr 1 kierujemy się na północ. Czeka nas 350 kilometrów jazdy do Parku Narodowego Tongariro. Cieszymy się, bo niebo robi się niemal bezchmurne. Może będzie tak też w czasie jutrzejszego całodziennego trekkingu Tongariro Crossing.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz