.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Pierwszy poranek w Sydney rozpoczynamy zmęczeni podróżą. Spanie w samolocie, nawet jeśli przez chwilę możliwe, nie może równać się ze spaniem w prawdziwym łóżku.
Miasto wita nas piękną pogodą. Jeszcze z pokładu samolotu podziwiamy rozległą panoramę miasta liczącego ponad 4 miliony mieszkańców i mającego, z racji płaskiej zabudowy, ogromną powierzchnię. Jedynie ścisłe centrum miasta ma wysokościowce z górującą nad nimi Sydney Tower.
Na lotnisku najpierw musimy odstać kilkanaście minut na tutejszym imigration, a następnie jesteśmy dokładnie obwąchiwani przez psy - najpewniej szukają świeżej żywności (nie można jej wwozić) i narkotyków. Odbierają też wypełnione w samolocie deklaracje o zagrożeniu zarażeniem wirusem Eboli i wwożonej żywności - można wwozić tylko przetworzoną.
Po opuszczeniu budynku zajmujemy miejsce w busie i próbujemy zrozumieć zasady ruchu lewostronnego - na pierwszy rzut oka wygląda to dla nas niezrozumiale, ale pewnie to samo myślą australijczycy o naszych zasadach ruchu drogowego.
W hotelu Pullman, który mamy i w dobrej jakości i doskonałym położeniu, jeszcze nie ma wolnych pokoi, więc wjeżdżamy windą na dach budynku, aby wziąść szybki prysznic na mieszczącym się tam basenie. Widok z dachu mamy wspaniały - widać całe centrum z drapaczami chmur oraz zaczynający się przy nas piękny Hyde Park.
Wychodzimy na miasto odświeżeni, jednak panująca wysoka temperatura (dziś 29 stopni) powoduje, że to uczucie odświeżenia szybko mija. Nasz pierwszy punkt to najwyższy bydynek Sydney, mierząca ponad 300m wieża, której zwiedzanie rozpoczynamy od kina 4D. Oprócz typowego 3D kilkuminutowy spektakl o Sydney raczy nas wstrząsami podłogi, podmuchami wiatru, bryzgami wody a nawet, przy zdjęciach podwodnych, zaczynają krążyć wokół nas kolorowe banieczki. Kilka wind wywozi turystów na taras widokowy, skąd podziwiamy panoramę miasta i widzimy po raz pierwszy budynek opery oraz słynny most Harbour Bridge, który jest starszy od znanego Golden Gate w San Francisco. Widać stąd olbrzymią zatokę Port Jackson, nad którą rozlokowało się miasto, z przesmykiem łączącym zatokę z Morzem Tasmana.
W centrum ciekawe jest pozostawienie wśród wysokościowców pięknych budynków z epoki wiktoriańskiej - to był dobry pomysł. Dochodzimy do nadbrzeża w pobliżu oceanarium - to nasz kolejny punkt zwiedzania. Wokół mnóstwo dzieci, wszak ekspozycja oceanarium jest atrakcją także dla nich. Liczne mniejsze i większe akwaria pozwalają podziwiać faunę i florę tutejszych wód. Niestety nie mamy szczęścia zobaczyć dziobaka. Ten prymitywny ssak ukrył się w którymś z zakamarków akwarium. Rekompensatę przynoszą nam akwaria z rekinami, płaszczkami i diugoniami - te prezentują się w całej okazałości.
Opuszczamy oceanarium bardzo głodni i kierujemy się do pobliskiej restauracji. Jedzenie zaspokoiło głód ale przyniosł wszechogarniającą senność - wszak nasz zegar biologiczny wskazuje późną noc. Po powrocie do hotelu mamy na wieczór tylko jeden pomysł - spać.