.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Kia Ora Waitomo - witajcie jaskinie Waitomo. Te unikalne jaskinie powstały w utworzonych 24-35 milionów lat temu skałach wapiennych, kiedy Nową Zelandię pochłaniały odmęty oceanu. Po jej ponownym wynurzeniu rozpoczęła się erozja skał, która obecnie utworzyła szereg podziemnych jaskiń i podziemnych rzek.
Wybieramy najsłynniejszą - Glowworm Cave - jaskinię świetlików. Pierwszy białoskóry (nazywany tu pakeha) ujrzał ją dopiero w 1880r. - był to niejaki Fred Mace. Od tego momentu sława jaskini wciąż rośnie.
Świetliki (Arachnocampa Luminosa) są insektami mającymi 4 fazy rozwoju. Samica składa na sklepieniu jaskini ok.120 jaj, z których tylko w części wylęgną się młode larwy. Te larwy, które wylęgną się wcześniej, zjadają pozostałe jaja. Larwy wisząc u sklepienia jaskini wytwarzają nici pokryte lepką i paraliżującą inne owady substancją. Świecąc przyciągają ofiary, które następnie z apetytem zjadają. Larwa osiąga długość zapałki i wówczas przestaje jeść i tworzy kokon- ta faza trwa 13dni i nazywa się tu pupa. Z kokonów wylęgają się wyglądające jak duże moskity formy dorosłe, których jedyną funkcją jest reprodukcja (one także nic nie jedzą, nie mają nawet takich możliwości). Po 2-3 dniach, gdy samica złoży jaja, osobniki dorosłe giną i cały cykl zaczyna się od nowa.
Naszym przewodnikiem jest fantazyjnie wyglądający maorys i wkrótce znikamy w czeluściach jaskinii. Miejsca jest dużo, nawet dla amerykańskich turystów XXXL. Widzimy typowe dla jaskiń stalaktyty i stalagmity przyrastające w tempie 1cm/rok. Po wejściu do ogromnej krypty, nazwanej tu katedrą, podziwiamy jej wspaniałą akustykę i śpiewamy 'Karolinkę" - wzbudza to applauz u pozostałych zwiedzających i przewodnika, który prosi o przetłumaczenie tekstu. Emilian tłumacząc tworzy nową wersję - to Karolinka miałaby mieć flaszeczkę - teraz my się śmiejemy.
Nadchodzi najciekawsza część - stajemy na podeście w zupełnych ciemnościach. Kiedy wydaje się, że nic nie będzie się działo, przewodnik prosi nas o ulęknięcie. Nagle okazuje się, że jesteśmy pod sufitem rozległej jaskini, pod nami jest tafla wody, a na wysokości naszych oczu, z sufitu zwieszają się tysiące fosforyzujących punktów - to larwy świetlików, które świecąc przyciągają swe ofiary, inne owady wlatujące do jaskinii. W milczeniu, z zapartym tchem podziwiamy ten widok.
Po chwili prowadzący zaprasza nas do innej części jaskini. Przy świetle słabej latarki wsiadamy do szerokiej łodzi i za chwilę łagodnie odbijamy. Płyniemy w ciszy i zupełnych ciemnościach podziemną rzeką. Nagle znów robi się coraz jeśniej - nad nami znów setki tysięcy świetlików powoduje niesamowite doznania. Rejs trwa niestety tylko ok.10 minut i dopływamy do wylotu jaskini - koniec cudów.
Wychodząc podziwiamy stare fotografie odkrywców i pierwszych turystów - jakże ciekawe mieli stroje (choć pewnie nasze są praktyczniejsze).
Emilian zabiera nas do pięknie położonej na uboczu restauracji Roseland. Jak informuje tablica, lokal został otwarty w 1992r. przez ówczesnego premiera Nowej Zelandii. Do wyboru mamy smaczną, nowozelandzką rybę lub apetycznego steka+ bufet sałatkowy+desery i kawa/herbata, wszystko w cenie 30 NZ$. Jedzenie i obsługa bez zarzutu, do tego piękny ogród i widoki.
Pokrzepieni na duchu i ciele wyruszamy w niemal 200 kilometrową drogę do największego miasta Kiwilandu - Auckland.