Translate

piątek, 16 stycznia 2015

Ostatni dzień w Aotearoa

Rozpoczynamy ostatni dzień w kraju długiej, białej chmury Aotearoa - tak nazywają Nową Zelandię maorysi. Dzień budzi nas pięknym słońcem i wyruszamy jeszcze na krótki spacer po mieście.
W porcie zacumował ogromny statek wycieczkowy, z którego bez końca wylewaa się rzeka pasażerów - to niewiarygodne, jak wielu jest ich na pokładzie.
Robimy kilka pamiątkowych zdjęć, kupujemy ostatnie pamiątki. Ceny niestety są wysokie, więc szaleństw zakupowych nie ma.
Ostatni rzut oka na "strzykawkę" - wieżę telewizyjną i wsiadamy do busa. Do lotniska mamy ok.30 minut jazdy, na szczęście dziś nie ma korków.
Lotnisko w Auckland jest największym w kraju, kierujemy się na terminal międzynarodowy. Nasz lot do Hong Kongu jest za dwie godziny. Okazuje się, że ceny pamiątek i wyrobów z wełny są podobne jak w mieście i w innych miejscach na wyspie.
Niestety, tak jak w hotelu, nie ma możliwości przesłania zdjęć do bloga - przyczyna nieznana. Może uda się po drodze?

Auckland

Auckland przywitało nas korkami. To największe i najbogatsze miasto Nowej Zelandii. Aglomeracja liczy ok.1.5 miliona mieszkańców, czyli mieszka tu co 3-ci nowozelandczyk. Mieszkańców Auckland nie lubi się określając ich jako JAFAR - Just Another F....ing Aucklander.
Docieramy na wulkaniczne wzgórze Mount Eden, skąd roztacza się fantastyczny widok na miasto i okoliczne zatoki - na wschód wody Pacyfiku, na zachód Morze Tasmana. Na horyzoncie widać kilka wygasłych wulkanów, jeden z nich był aktywny jeszcze 600 lat temu, zalewając wioskę maorysów.
Pięknie prezentuje się, będąca wizytówką miasta, wysoka na ponad 300 metrów wieża telewizyjna, zwana potocznie strzykawką. Wokół niej wieżowce ścisłego centrum, a za nią wielki port jachtowy i most Harbour Bridge.
Z Mount Eden kierujemy się do centrum, gdzie mieści się nasz hotel. Przy recepcji zakakują nas zdjęcia pary królewskiej - okazuje się że są to władcy Tajlandii, a nasz hotel należy do sieci hoteli tajlandzkich. Ponieważ standard hotelu jest dobry, to przyjmujemy to bez zastrzeżeń.
Po krótkim odświeżeniu wyruszamy do centrum. Mijamy gmach opery i dochodzimy do głównej Queen street, która jako główna ulica miasta nie różni się od podobnych ulic w innych miastach. Gdy dochodzimy do portu robi się ciekawiej. Widzimy kadłub jachtu, który przed laty wydarł zwycięstwo amerykańskiemu Star and Stripes w słynnych regatach żeglarskich Americas Cup. Wokół nas las masztów jachtów z całego świata, niektórych niezmiernie luksusowych.
Ostatni wieczór rozpoczynamy od półsłodkiego Gancia Asti (to odstępstwo na rzecz tych nielicznych, którzy nie lubią "kwasiorów"), po czym rozpoczynamy degostację kolejnych Sauvignion Blanc - poezja. To nasz ostatni wieczór na antypodach.

Jaskinie Waitomo

Kia Ora Waitomo - witajcie jaskinie Waitomo. Te unikalne jaskinie powstały w utworzonych 24-35 milionów lat temu skałach wapiennych, kiedy Nową Zelandię pochłaniały odmęty oceanu. Po jej ponownym wynurzeniu rozpoczęła się erozja skał, która obecnie utworzyła szereg podziemnych jaskiń i podziemnych rzek.
Wybieramy najsłynniejszą - Glowworm Cave - jaskinię świetlików. Pierwszy białoskóry (nazywany tu pakeha) ujrzał ją dopiero w 1880r. - był to niejaki Fred Mace. Od tego momentu sława jaskini wciąż rośnie.
Świetliki (Arachnocampa Luminosa) są insektami mającymi 4 fazy rozwoju. Samica składa na sklepieniu jaskini ok.120 jaj, z których tylko w części wylęgną się młode larwy. Te larwy, które wylęgną się wcześniej, zjadają pozostałe jaja. Larwy wisząc u sklepienia jaskini wytwarzają nici pokryte lepką i paraliżującą inne owady substancją. Świecąc przyciągają ofiary, które następnie z apetytem zjadają. Larwa osiąga długość zapałki i wówczas przestaje jeść i tworzy kokon- ta faza trwa 13dni i nazywa się tu pupa. Z kokonów wylęgają się wyglądające jak duże moskity formy dorosłe, których jedyną funkcją jest reprodukcja (one także nic nie jedzą, nie mają nawet takich możliwości). Po 2-3 dniach, gdy samica złoży jaja, osobniki dorosłe giną i cały cykl zaczyna się od nowa.
Naszym przewodnikiem jest fantazyjnie wyglądający maorys i wkrótce znikamy w czeluściach jaskinii. Miejsca jest dużo, nawet dla amerykańskich turystów XXXL. Widzimy typowe dla jaskiń stalaktyty i stalagmity przyrastające w tempie 1cm/rok. Po wejściu do ogromnej krypty, nazwanej tu katedrą, podziwiamy jej wspaniałą akustykę i śpiewamy 'Karolinkę" - wzbudza to applauz u pozostałych zwiedzających i przewodnika, który prosi o przetłumaczenie tekstu. Emilian tłumacząc tworzy nową wersję - to Karolinka miałaby mieć flaszeczkę - teraz my się śmiejemy.
Nadchodzi najciekawsza część - stajemy na podeście w zupełnych ciemnościach. Kiedy wydaje się, że nic nie będzie się działo, przewodnik prosi nas o ulęknięcie. Nagle okazuje się, że jesteśmy pod sufitem rozległej jaskini, pod nami jest tafla wody, a na wysokości naszych oczu, z sufitu zwieszają się tysiące fosforyzujących punktów - to larwy świetlików, które świecąc przyciągają swe ofiary, inne owady wlatujące do jaskinii. W milczeniu, z zapartym tchem podziwiamy ten widok.
Po chwili prowadzący zaprasza nas do innej części jaskini. Przy świetle słabej latarki wsiadamy do szerokiej łodzi i za chwilę łagodnie odbijamy. Płyniemy w ciszy i zupełnych ciemnościach podziemną rzeką. Nagle znów robi się coraz jeśniej - nad nami znów setki tysięcy świetlików powoduje niesamowite doznania. Rejs trwa niestety tylko ok.10 minut i dopływamy do wylotu jaskini - koniec cudów.
Wychodząc podziwiamy stare fotografie odkrywców i pierwszych turystów - jakże ciekawe mieli stroje (choć pewnie nasze są praktyczniejsze).
Emilian zabiera nas do pięknie położonej na uboczu restauracji Roseland. Jak informuje tablica, lokal został otwarty w 1992r. przez ówczesnego premiera Nowej Zelandii. Do wyboru mamy smaczną, nowozelandzką rybę lub apetycznego steka+ bufet sałatkowy+desery i kawa/herbata, wszystko w cenie 30 NZ$. Jedzenie i obsługa bez zarzutu, do tego piękny ogród i widoki.
Pokrzepieni na duchu i ciele wyruszamy w niemal 200 kilometrową drogę do największego miasta Kiwilandu - Auckland.

Nowozelandzka Farma

Opuszczamy słoneczne Rotorua i podążamy na zachód wyspy. Kilka kilometrów za miastem zatrzymujemy się w Agrodome, dużym gospodarstwie hodowli bydła i owiec, gdzie czeka nas kolejne przedstawienie. Na przygotowane stopnie wprowadzane się kolejno owce poszczególnych ras - to zdumiewające, że jest ich tu ąż tyle. Królem jest oczywiście olbrzymii merynos, ale jest co najmniej kilka równie atrakcyjnych ras. Przedstawienie jest oczywiście po angielski, ale kto chce, to w słuchawkach może wysłuchać tłumaczenia w kilku językach. Na sali dominują australijczycy - Ozzi, jest też liczna grupa chińczyków, szkotów, japończyków i koreańczyków, kilku niemców, anglików i my, jako jedyni słowianie.
Po prezentacji ras odbywa się pokaz strzyżenia owiec - dla sprawnego farmera, posiadającego maszynkę elektryczną do około minuta pracy. Rekord świata w strzyżeniu dzierży oczywiście nowozelandczyk, który w 9 godzin miał ostrzyc ponad 800 owiec. Nasza owieczka nie wydawała się być specjalnie zestresowana - ćwiczy to co 6 miesięcy.
Teraz czeka nas pokaz licytacji wełny. Nawet znający angielski mają kłopot ze zrozumieniem wypowiadanych z prędkością strzelającego karabinu słów, a trzeba wiedzieć, że nowozelandczycy mają specyficzną gwarę ( seven to siiven, a lift to nie winda tylko kierunek w lewo). Na scenę wkracza hipotetyczna zwyciężczyni licytaji - chinka. Nie rozumie nic po angielsku (tak jak my po chińsku) i jest jeszcze bardziej śmiesznie.
Na scenę wkracza dorodna krasula i zgłąsza się kilku ochotników do próby dojenia. Jedną z nich jest nasza Ewa, która otrzymuje pamiątkowy certyfikat. Następnych kilku ochotników dostaje butelki z mlekiem i smoczkiem - czyżby picie mleka na czas? Na szczęście nie, na scenę wbiega kilka przeuroczych malutkich owieczek i radość z ich karmienia mają zarówno dzieci jak i dorośli.
Pokaz na sali kończy demonstracja pracy psów pasterskich - jesteśmy pod wrażeniem ich sprawności. Dokończenie pokazu pod nazwą "sheep dog working" odbywa się na świeżym powietrzu.
Wsiadamy do busa i znów kierunek zachód - mamy 200 kilometrów drogi do słynnych jaskiń Waitomo.