.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Budzik dzwoni niemiłosiernie wcześnie. Zaraz potem zamówiony "wake up call" zmusza do opuszczenia łóżka. Ale oczekiwane atrakcje ułatwiają szybkie wyjście i już o 4:55 wsiadamy do małego autobusu. Naszum dzisiejszym celem jest Kata Tjuta (Mount Olgas). Jest to grupa wzgórz wynosząca się na około 500 metrów nad pustynię, mająca z oddali formę grupy głów. Skały te maję podobnie jak Uluru (Ayers Rock) ok.600 milionów lat i uważa się, że stanowią drugi koniec potężnego monolitu z piaskowca - drugim widocznym końcem jest Uluru.
Podjeżdżamy na parking jedni z pierwszych - to pozwoli korzystnie stanąć na tarasie widokowym, aby móc równocześnie obserwować skały Katja Tjuta, Uluru, jak i wschodzące słońce. Tym razem słońce nie chowa się za chmurami i możemy podziwiać piękny spektakl.
Następnym etapem poranka jest samo Uluru. Obserwujemy ogromną skałę we wschodzącym słońcu, a następnie odbywamy mały spacer u podnóża góry. To zadziwiające, ale znajdujemy tu małe jeziorko z wodą, które stanowi wodopój dla nielicznych zwierząt. Tu także, w kilku jamach skalnych czaili się kiedyś na te zwierzęta aborygeni z plemienia Anangu. Mieli chyba dużo czasu, więc na ścianach tych zagłębień możemy oglądać namalowane przez nich piktogramy.
Ostatnim punktem poranka jest odwiedzenie miejscowego centrum kultury aborygeńskiej, gdzie można nabyć wytwarzane przez nich rękodzieło. Ceny niestety nie należą do niskich, a niektóre z "dzieł sztuki" każdy z nas wykonałby samodzielnie. Odjeżdżamy okrążając jeszcze całą górę i podziwiając potęgę natury, która stworzyła coś tak intrygującego
Po krótkiim odświeżeniu w hotelu (dziś ma tu być 42 stopnie w cieniu) opuszczany Yulura i kierujemy się już naszymi samochodami w stronę Kings Canyon. To "tylko" 300 kilimetrów i po dramatycznie pustych drogach szybko zbliżamy się do celu. Niestety, ktoś niedopilnował rezerwacji i zamiast 3 jeepów mamy tylko jednego i dodatkowo małęgo busa. To uniemożliwia nam korzystanie z dróg szutrowych, co byłoby dodatkową atrakcją i na co liczyliśmy.
Dojeżdżamy do parku narodowego Watarraki, gdzie znajduje się nasz następny hotel. Krótko po zajęciu pokoi słyszymy okrzyki Franka. Zauważył potężnego, mającego ponad metr długości jaszczura, który przemieszczał się dostojnie po chodniku hotelowy, aby w końcu zniknąć pod jednym z domków (na szczęście nie naszym).
Atrakcją wieczoru jest Kings Canyon, powstały w wyniku trwającej 350 milionów lat erozji tutejszego czerwonawego piaskowca. Robimy krótki spacer dnem kanionu, jednak otaczające nas 300 metrowe ściany nie dają żadnej ochłody - dziś było tu maksymalnie 43 stopnie w cieniu. Odlądamy początek trasy naszego jutrzejszego trekkingu i planujemy jego wczesne rozpoczęcie. Tylko wtedy nie ma jeszcze takiego skwaru (w nocy jest "tylko" 25 stopni).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz