W oddali podziwiamy górę podobną do Uluru. To Mount Conner, jeszcze starsza skała, licząca sobie ok.700 milionów lat. Jej twardość jest mniejsza niż Ayers Rock, więc u jej podnóża widać dużą ilość rumosza skalnego. Po drugiej stronie drogi nagle coś się bieli. Nie jest to śnieg, wszak mamy ponad 40 stopni w cieniu. To rozległe solnisko, podobne do tych, które pamiętamy z Chile, z pustyni Atacama.
Dojeżdżamy wreszcie do Alice Springs i fotografujemy się przy wjeździe do miasta. Do samego miasta prowadzi wąski przesmyk w starych, liczących ponad 300 milionów lat górach McDonella.
Na ulicach zaskakuje nas olbrzymia liczba wałęsających się lub siedzących na trawnikach lub ławkach aborygenów. Ponieważ otrzymują oni liczne zasiłki (na 1 dziecko podobno 400 dolarów australijskich tygodniowo), to nie mają powodu szukać jakiejkolwiek pracy. Chyba ten system pomocy społecznej nie spełnił oczekiwań tworzących go polityków i urzędników. Ale cóż, Australia to bogate państwo.
Gdy James Cook przybył do Australii, zamieszkiwało ją wówczas ok.600 plemion aborygeńskich, a cała ich populacja liczyła ok.300.000 osób. W pierwszej połowie XX wieku ich liczba spadła do ok.30.000 i niektórzy przewidywali ich wyginięcie. Dziś, dzięki dużej dzietności ilość aborygenów to już ok.0.5 miliona osów. Tylko niektórzy z nich zdobyli lepsze wykształcenie i pracują zarobkowo. Plagą wśród pozostałych aborygenów jest uzależnienie od alkoholu i oczywiście Coca-Coli.
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz