Obkupieni owocami docieramy w okolice Queenstown. Przed miastem podziwiamy XIX-wieczny most na rzece Kawarau, będący mekką miłośników skoków na bungee (ta nazwa pochodzi właśnie z kraju Kiwi). Pionierem skoków był słynny A.J.Hackett, którego imieniem nazwany jest istniejący tu ośrodek skoków. Dochodzimy do wniosku, że nie tylko nie zapłacilibysmy 200 dolarów za skok, ale nawet otrzymanie 200 dolarów nie skłoniłoby nas do takiego pomysłu.
W czasie dalszej jazdy mijamy liczne winnnice, podobnie jak w innych krajach obsadzone wokół różami. Róże wcześniej zapadają na grożące winorośli choroby i daje to czas na zareagowanie plantatorowi.
Wkrótce docieramy do wspaniałego jeziora Wakatipu, nad którym leży Queenstown. Jest to trzecie co do wielkości jezioro Nowej Zelandii, ma 60 kilometrów długości i ponad 400 metrów głębokości. Jego barwa jest głęboką niebieskością, a liczne odnogi i zatoki dodają mu uroku.
Aby lepiej obejrzeć miasto i jezioro udajemy się w stronę kolejki linowej i małymi, 4-osobowymi gondolkami (Doppelmayer, kto jeździł na nartach w Alpach ten wie), wjeżdżamy na górę poad miastem. W zimie jest tu jeden z licznych ośrodkó narciarskich. Dziś natomiast, w ciepłym, zachodzącym powoli słońcu podziwiamy panoramę miasta i jeziora.
Kończymy długi dzień zakupami w supermarkecie, nasz hotel niestety nie podaje śniadania, więc będziemy go przyrządzać przez najbliższe 2 poranki samodzielnie.
Ostatni, obowiązkowy punkt programu to degustacja zakupionych win. Porównujemy białe wina z centralnego Otago z winami z Marlbrough. Zdaniem większości lepiej wypadają te drugie, choć były zdania odrębne.
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz