Translate

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Droga do Picton

Poniedziałek, rozpoczynamy ostatni tydzień pobytu na antypodach. Poranek z pełnym zachmurzeniem, ale prognozy zapowiadają poprawę. Z Westport wyruszamy na przylądek Foulwind, gdzie znajduje się ostoja fok. Zwierzęta obserwujemy z wysokiej skarpy - wylegują się na skałach otoczone wzburzonym morzem. Wokół nas przechadzają się niewielkie nieloty - ptaki Weka. Wprawdzie nie potrafią latać, ale za to dobrze pływają i bardzo szybko biegają. Wprawdzie teoretycznie występują na terenie całej Nowej Zelandii, ale w praktyce spotkać je można głównie w pobliżu wybrzeża i tylko w wybranych okolicach (pewnie trzebią je oposy).
Wyruszamy wzdłuż malowniczej i krętej rzeki Buller, pośród lasów Victoria Forest Park. Ciekawe, że pośród rodzimych lasów wyraźnie widać te posadzone ludzką ręką. Najczęściej to Monterrey Pine - sosna, która rośnie tu podobno lepiej jak w Kalifornii. Kraj Kiwi jest poważnym eksporterem drewna na cały świat, a drzewo te daje szybkie przyrosty.
Pogoda poprawia się i w Murchison, jednej z nielicznych osad na trasie, krzepimy się późnym śniadaniem siedząc w ogródku pełnym ciekawych roślin. Wokół nas rosną karczochy, kwitnie lawenda i perukowce, dojrzewają winogrona.
W dalszej drodze nagłe zauważamy dwoje rowerzystów z polskimi proporczykami. Nasi przesympatyczni rodzacy pokonują dzielnie trasę z Christchurch do Auckland. To ok.2000 kilometrów krętymi drogami. Podziwiamy ich determinację i życzymy dalszej wytrwałości.
Obiad zjadamy w liczącym 60 tysięcy mieszkańców mieście Nelson, położonym malowniczo nad zatoką Tasmana. Miasto zostało nazwane na cześć admirała Horacego Nelsona, słynnego zwycięzcy bitwy pod Trafalgarem. Jest przypływ i wody zatoki przezentują się okazale w swej błękitnej krasie. Miasto jest pełne kwiatów, a wokół anglikańskiej katedry na wzgórku rosną ciekawe, sporadzone z różnych części świata drzewa - jest potężny eukaliptus, tak bliska nam brzoza, przeróżne cyprysy i klony. My posilamy się w leżącej u podnóża katedry restauracji u Forda. Krewetki, swieże ryby i kalmary są wyśmienite (to nie te gumiaste, panierowane, mrożone kalmary dostępne w Polsce), a ceny w porze lunchu przystępne - polecamy. Do posiłku oczywiście lampka pachnącego, nowozelandzkiego sauvignion blanc.
Ostatni punkt wizyty w mieście to zakupy. Jutro musimy być na przeprawie promowej już o 7:00, więc śniadanie przyrządzimy sobie sami w pokojach hotelowych - standardem jest w nich wyposażony aneks kuchenny i lodówka. W dużym supermarkecie dostępny jest ogromny wybór win, więc pomimo czekającej nas jeszcze dziś wizyty w winiarnii, robimy małe zapasy na wieczór. Ceny win są zbliżone jak w Polsce (ok.10-20 dolarów nowozelandzkich za butelkę) ale mając tak ogromny wybór i już kilkudniowe doświadczenie, wybieramy te, które nam najbardziej smakują.
Kierujemy się na Blenheim i Picton, rozglądając się za ciekawą winiarnią. Wszak jesteśmy w słynnym rejonie Marlbrough. To stąd pochodzą najprzedniejsze nowozelandzkie wina. Niestety, okazuje się że jesteśmy tu za późno. Winiarnie zamykają się o 17:00, najpóźniej 18:00. My jesteśmy tu kwadrans później, i wszystko już zamknięte. Odnajdujemy znaną nam wynnicę Saint Clair i robimy sobie kilka pamiątkowych zdjęć. Dobrze, że mamy zrobione zapasy wina na wieczór.
Picton jest pięknie położone, ale ponieważ znów niebo zaciągnęło się chmurami, to miasteczko traci na uroku. Nasz hotel jest tuż przy zatoce, z widokiem na port jachtowy. Szkoda, że jutro opuszczamy go tak wcześnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz