Translate

sobota, 3 stycznia 2015

Alice Springs

Dziś dzień "luzu". Zachmurzone niebo z kropiącym co jakiś czas deszczykiem powodują, że jest tylko 25 st.C. Krysia i Danusia już przed śniadaniem zaliczają pływanie w basenie. Po śniadaniu wyruszamy pieszo na miasto, znów podziwiając "nicnierobiących" aborygenów. Większość z nich ma zły wyraz twarzy i nie lubią robienia im zdjęć, więc zakładam teleobiektyw i z oddali fotografiuję najciekawszych. Furorę wśród naszych panów robi kobieta z piersiami do ud. Także kilku tutejszych facetów wpadło w oko naszym paniom, zwłaszcza przystojniak z siwą brodą i w kapeluszu. Jedynie małe dzieci mają w sobie dużo wdzięku, przyjglądając się nam dużymi, białymi oczami.
Zaskakuje nas nagle widoczna w oddali pięknie ubrana na biało kobieta. Podchodzę bliżej i widzę, że towarzyszy jej jeszcze dwóch, odzianych w białę garnitury panów. Okazuje się, że pochodzą z Samoa na Pacyfiku i właśnie wracają z nabożeństwa kościoła samoańskiego, które odbyło się w wynajętym na tę chwilę kościele innego wyznania. Jeden z panów jest pastorem, drugi ministrantem, a piękna dama to żona pastora. Krótką rozmowę kończymy pamiatkowym zdjęciem.
Niestety, większość sklepów jest dziś zamknięta (niedziela), i nabywamy w większości jedynie drobne pamiątki i kartki pocztowe. Jedynie Gosia i Ewa sprawiły sobie twarzowe australijskie kapelusze.
Największe rozczarowanie to zamknięte sklepy z biżuterią. Nasze panie nastawiały się co najmniej na pooglądanie pięknych australijskich opali, nas, jako ich towarzyszy, ten fakt uchronił na razie przed wydatkami.
Opale są kamieniem szlachetnym Australii i wydobywane są w kilku jej częściach, głównie w Viktorii i Nowej Południowej Walii. Największy nieoszlifowany opal ma ponad 20.000 karatów, a jeden z największych oszlifowanych ma niemal 300 karatów i zdobi królową brytyjską. Obecnie ceny opali mocno idą w górę, pewnie z powodu przewagi popytu nad podażą.
Wracamy do hotelu, pakujemy się do naszych pojazdów i ruszamy na lotnisko. Czeka nas ponad dwugodzinny lot do Cairns - tam będziemy jeszcze bliżej równika (Alice Springs leży tuż przy zwrotnika Koziorożca) i będziemy mieli szansę podziwiać Wielką Rafę Koralową.
Na lotnisku dojadamy nasze owoce - najpewniej w Cairns, tak jak na poprzednich lotniskach australijskich, każą nam je wyrzucić do kosza. Renia i Danusia połykają też leki przeciw chorobie lokomocyjnej - na poprzednich dwóch lotach troszkę nami powstrząsało. Teraz polecimy wieczorem, więc może będzie lepiej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz