Translate

środa, 14 stycznia 2015

Tongariro Alpine Crossing

Jest godzina 9:00 i stary autobus zabiera nas spod hotelu na trekking. Wita nas energiczna i sympatyczna blondynka, przedstawiając zasady bezpieczeństwa w czasie wędrówki i informując o potrzebie posiadania minimum 1.5-2 litrów wody na osobę, zapasach żywności, ciepłej odzieży itp. Wpisujemy się na listę uczestników i podajemy swoje telefony kontaktowe.
Udajemy się szutrową drogą Mangatepoto do podnóża wulkanów, skąd z wysokości 1100m. npm. rozpoczynamy liczącą 19.4 kilometra, 8-godzinną wędrówkę. Szlak jest wyśmienicie przygotowany i oznakowany, a widoki roztaczające się wokół nas coraz piękniejsze.
Po lewej stronie masyw wylkanu Tongariro (1967m), od którego wzięłą się nazwa szalku i całego parku. Myślę że przyczyną była najłatwiejsza do zapamiętania nazwa. Po prawej symetryczny stożek Ngauruhoe - to do jego krateru miał być wrzucony przez Froda magiczny pierścień.
Stopniowo osiągamy coraz więkzą wysokość, docelowo docieramy na 1900m.npm przy imponującym czerwonym kraterze. Tych kraterów jest tu więcej, z niektórych unoszą się opary siarkowodoru. Widoki niesamowite, pomimo że na początkowo bezchmurnym niebie pojawiły się chmury. Podejście do Red Crater jest najbardziej męczące - nie dość że stromo, to wchodzimy po niestabilnym, usuwającym się spod nóg żwirowisku.
W najwyższym punkcie wędrówki nagle otaczaja nas chmury, wieje przejmująco zimny wiatr - dobrze że mamy ciepłe okrycia. W bok odchodzą szlaki na Ngauruhoe (dodatkowe 3 godziny) i Tongariro (2 godziny). Na to nam już dzisiaj nie starczy czasu - nasz autobus odjeżdża o 17:30.
Schodząc w dół po uciekających spod nóg kamieniach i piachu napotykamy cudownego koloru jeziora - czy mogłyby się inaczej nazywać jak Emerald Lakes? (szmaragdowe jeziora). Woda z nich, jak i z pojawiających się czasem strumieni, nie nadaje się do picia. Można natomiast zrobić przy nich kolejny postój, wytrzepać buty z kamienii i pstryknąć super zdjęcia. Otaczają nas zawierające siarkę żółte skały wulkaniczne - to riolit, spotykany także w Yellowstone (stąd nazwa parku).
Mijamy ostatnie, największe Blue Lake i rozpoczynamy wielokilometrowe zejście. Tutaj rozpoczyna się strefa największej aktywności wulkanu. Specjalne tablice zasilane bateriami słonecznymi informują o możliwości wejścia w strefę zagrożenia, jednocześnie polecając ograniczenie do minimum postojów. W odległości kilkuset metrów widzimy bijące w niebo kłęby pary - tam musi być gorąco.
Na parking na wysokości 800m.npm.docieramy przez gęsty las 10 minut przed czasem i utrudzeni, ale bardzo szczęśliwi wrazamy do hotelu. Najbardziej uradowana jest Renia - ta wyprawa była dla niej największym wyzwaniem. Tam czeka na nas Franek z butelką szampana.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz