Wracamy do miejscowości, a następnie wąską drogą, częściowo szutrową, docieramy do podnóża lodowca Foxa, nazwanego tak na cześć sir Williama Foxa, premiera Nowej Zelandii, który był jednym z pierwszych turystów w tym miejscu.
Wyruszamy w 30 minutową podejście. Ostatni, dość stromy fragment podejścia rozgrzewa nas na tyle, że pozbywamy się kurtek. Punkt widokowy do którego do którego docieramy znajduje się ok.200 metrów od czołą lodowca, porytego szarym skalnym rumoszem. Dalej już iść można wyłącznie z wykwalifikowanym przewodnikiem.
Widoki coraz bardziej ogranicznają chmury, więc wkrótce wracamy do samochodu i ruszamy w stronę drugiego z lodowców, lodowca Franciszka Józefa - jego odkrywcą był austriak. Oba lodowce mają podobą długość (12-13 kilometrów) i z wysokości niemal 3000 metrów spływają niewiele powyżej poziomu morza. Kiedyś wpadały do istniejącego tu laszu deszczowego, teraz, na skutek topienia, oddziela je od granicy lasu ponad 1-2 kilometry. Lód w górnej czści lodowca spływa z prędkością 4-5 metrów na dzień, w dolnej ok,50-60cm na dzień. Topniejący obficie lód daje początek szaroniebieskim, dość sporym rzeczkom.
Zaczyna kropić deszcz, więc wyciągamy z plecaków odzież przeciwdeszczową - szkoda że wreszcie się przyda, ale dobrze że ją mamy. Tu podejście do punktu widokowego jest dłuższe i po 45 minutach znajdujemy się na platformie widokowej. Lodowiec także nie prezentuje się szczególnie okazale, natomiast deszcz przybiera na sile. Natykamy się na grupę słowaków - to miłe spotkać tu zaprzyjaźnionych słowian w tak odległym zakątku świata.
Kierujemy się do Hokitika - tam będzie obiad. Kiedy docieramy do miasteczka dochodzi szesnasta i wszystkie restauracje są zamknięte. Nie sią natomiast zamknięte sklepy z biżuterią, co skrzętnie wykorzystują nasze panie. Wśród wyrobów dominuje Greenstone - lokalna odmiana jadeitu, wykorzystywany w przeszłości przez maorysów do produkcji broni i narzędzi.
Wreszcie nadchodzi 17:00 i w drodze głosowania wygrywa restauracja tajska, a mówiąc precyzyjniej pozbawiona wystroju jadłodajnia. Jak podglądamy, w kuchni krzątają się rzeczywiście skośnoocy i po analizie menu (jeden wypalcowany egzemplarz ma na szczęście zdjęcia) zamawiamy. Podane szybciej sajgonki są przepyszne, a dania główne są tak duże, że pomimo naszego wygłodzenia są nie do zjedzenia w całości. Dodatkową atrakcją jest obsługująca nas młoda, śliczna maoryska (niestety nie udało się ją sfotografować).
Kierujemy się na Greymouth i następnie Westport, gdzie dziś śpimy. Po drodze jeszcze jedna atrakcja - Pancake Rocks. Te wapienne skały powstały ok.35 milionów lat temu, gdy obecna Nowa Zelandia była całkowicie zanurzona w oceanie. Osady wytworzone przez obumarłe skorupiaki utworzyły liczne warstwy i kiedy skały wynurzyły się na powierzchnię, podlegają trwającej już kilkaset tysięcy lat erozji. To niesamowite, jak fantazyjne kształty mają obecnie. Z bliska skały te wyglądają jak ułożone w stosy kamienne naleśniki, stąd nazwa formacji.
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz