.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Auckland przywitało nas korkami. To największe i najbogatsze miasto Nowej Zelandii. Aglomeracja liczy ok.1.5 miliona mieszkańców, czyli mieszka tu co 3-ci nowozelandczyk. Mieszkańców Auckland nie lubi się określając ich jako JAFAR - Just Another F....ing Aucklander.Docieramy na wulkaniczne wzgórze Mount Eden, skąd roztacza się fantastyczny widok na miasto i okoliczne zatoki - na wschód wody Pacyfiku, na zachód Morze Tasmana. Na horyzoncie widać kilka wygasłych wulkanów, jeden z nich był aktywny jeszcze 600 lat temu, zalewając wioskę maorysów.
Pięknie prezentuje się, będąca wizytówką miasta, wysoka na ponad 300 metrów wieża telewizyjna, zwana potocznie strzykawką. Wokół niej wieżowce ścisłego centrum, a za nią wielki port jachtowy i most Harbour Bridge.
Z Mount Eden kierujemy się do centrum, gdzie mieści się nasz hotel. Przy recepcji zakakują nas zdjęcia pary królewskiej - okazuje się że są to władcy Tajlandii, a nasz hotel należy do sieci hoteli tajlandzkich. Ponieważ standard hotelu jest dobry, to przyjmujemy to bez zastrzeżeń.
Po krótkim odświeżeniu wyruszamy do centrum. Mijamy gmach opery i dochodzimy do głównej Queen street, która jako główna ulica miasta nie różni się od podobnych ulic w innych miastach. Gdy dochodzimy do portu robi się ciekawiej. Widzimy kadłub jachtu, który przed laty wydarł zwycięstwo amerykańskiemu Star and Stripes w słynnych regatach żeglarskich Americas Cup. Wokół nas las masztów jachtów z całego świata, niektórych niezmiernie luksusowych.
Ostatni wieczór rozpoczynamy od półsłodkiego Gancia Asti (to odstępstwo na rzecz tych nielicznych, którzy nie lubią "kwasiorów"), po czym rozpoczynamy degostację kolejnych Sauvignion Blanc - poezja. To nasz ostatni wieczór na antypodach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz