Po pysznym posiłku wracamy do hotelu i rozpoczynamy biesiadowanie przy winku. Największym powodzeniem cieszy się nowozelandzki chardonnay, choć czerwony shiraz i cabernet sauvignion mają też swoich amatorów. Mój ulubiony nowozelandzki sauvignion blanc tym razem ustępuje pola - to chyba kwestia konkretnego producenta.
Zbliża się 21:00 i wychodzimy na dach hotelu. Obserwujemy kilkunastominutowy pokaz sztucznych ogni w okolicy Harbour Bridge i okolicznych plażach. Pokaz jest głównie dla tych, którzy nie chcą czekać do północy.
Kontynuujemy imprezę w pokoju hotelowym, ok.23:00 wypijamy szampana i ruszamy w stronę Opery (tam nie można już wnosić szkła i alkoholu). Oczywiście nie dojdziemy do samego wybrzeża - tam już od rana gromadziły się setki tysięcy ludzi i z racji bezpieczeństwa nie wpuszcza się już kolejnych. Mamy jednak zaplanowane miejsce na niewielkim wzgórku, skąd będziemy mieli możliwość podziwiania kolejnej, jeszcze potężniejszej kanonady sztucznychogni, dla której wszyscy się tu zgromadzili.
W Polsce jest dopiero 14:00, a my już składamy sobie noworoczne życzenia. Po wspaniałych fajerwerkach sprawnie wracamy do domu (ci którzy byli przy operze stracą na powrót wielokrotnie więcej czasu). Kończymy spotkanie słodką śliwowicą i natychmiast do spania, wszk wczesnym rankiem opuszczamy już Sydney.





.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz